Wszystko zaczęło się dokładnie rok temu. W październiku 2007 będąc z kolegami z klubu Cupido na rybach w kanadzie, ku naszemu zdziwieniu szło nam całkiem przyzwoicie z łowieniem jesiotrów. Podczas 5-cio dniowego pobytu złowiliśmy kilka ryb około dwu metrowych.
Podczas pożegnania zaproszono nas na przyszły rok na I Światowe zawody w połowie Jesiotra. W lipcu tego roku przyszło oficjalne zaproszenie dla klubowej drużyny Cupido. Po krótkiej, burzliwej dyskusji na temat sponsorowania oraz pokrycia kosztów decyzja zapadła na „TAK”
 
I tak 23X2008 o godz. 10.00 spotkaliśmy się na holu lotniska Okęcie. Ja z Markiem i za pięć minut jest Krzysiek z Danielem. Oprócz nas do Kanady leci jeszcze czterech znajomych i syn Marka. Po prostu na ryby z Warszawy wylatujemy o 12.00 z przesiadką w Amsterdamie. Po 11 godzinach udanego lotu uwzględniając różnicę czasową lądujemy o 16.40 czasu kanadyjskiego w Vancouver, Kanada, stan Columbia Brytyjska. Dalszą drogę pokonujemy wcześniej wynajętym samochodem około 150 km. Na miejscu docelowym w Chilliwack jesteśmy godz 18.30. Szybki rozładunek, zakupy i spać po męczącej podróży bo rano oczywiście na ryby. Przed nami pięć dni treningu. W pierwszym dniu rzeka ( Fraster River). Brania są sporadyczne, bardzo delikatne. Łowimy jako drużyna trzy ryby w jedną 203cm i to wszystko. Po wieczornej dyskusji i analizie naszego pierwszego treningu, postanawiamy. Drugi dzień płyniemy w górę rzeki, gdzie przewidziano pierwszy sektor zawodów. I co się okazuje? Drugi dzień treningu to całkowita porażka. Pływaliśmy cały dzień z jednym z najlepszych przewodników ( Cris) bez brania. Przewodnik opowiada nam ze takiego dnia w swojej kadencji jeszcze nie miał. Przy wieczornej kolacji postanawiamy dać sobie trochę luzu i odstresować się od zaistniałej sytuacji. Zapada decyzja, że płyniemy w górę rzeki na łososie. 7 rano pobudka, śniadanie i do pracy. Po znalezieniu miejscówki ubieramy się w spodniobuty i rozchodzimy się po rzece. Początki trudne, ale po godzinie spotykamy się w umówionym punkcie i analizujemy sposób łowienia. Zaczyna się święto wędkowania, co chwila, ktoś zapina łososia. Niesamowita frajda. Ryby od 3kg do 14kg, trafia się nawet 18kg. Łososie to czamy, srebrniaki i pieknie ubarwione sokaje. Około godz 14.00 ręce mdleją z wysiłku i zaczyna ogarniać zmęczenie. Postanawiamy kończyć dzień na wodzie i oszczędzać siły na następne dni. Czwarty dzień to oczywiście trening – jesiotry. Dzień zaczyna się nieźle. Marek łowi dwu metrowego jesiotra, potem Krzysiek, ja pudłuje. Marek łowi następną rybę około 1.70m, koło południa łowię i ja taką około 1.5m. Łowi również i Danie. Jest dobrze, każdy z nas ma złowione 2,3 ryby. Wraca w nas wiara w umiejętności i nadzieja zdrowej rywalizacji. Spływamy zadowoleni. W piąty dzień pobytu łowimy w dolnym brzegu rzeki, gdzie znajdować się będzie II sektor zawodów. Krótkie streszczenie dnia – jest dobrze, może nawet trochę lepiej, niż dzień wcześniej. O 17.00 przeprowadzamy się do hotelu, gdzie mieszkają wszyscy uczestnicy mistrzostw. I godz 19.00 uroczyste otwarcie, przywitanie ekip przez organizatorów. Startują ekipy USA, Wenezuela, Meksyk, Włoch, Anglii, Kanady i my z Polski.
Kilka spraw organizacyjno-regualimowych. Przydzielenie przewodników ( i tu mamy trochę szczęścia) trafia się na nam facet o u imieniu Don. Jesteśmy tu drugi rok i słyszeliśmy już o nim same pochwały, lecz nigdy nie mieliśmy przyjemności z min pływać. Wszytko odbywa się w przyjemnej luźnej atmosferze, podczas kolacji zorganizowanej przez organizatorów. Dzień „6” to pierwszy dzień zawodów. 6.00 pobudka, 6.30 śniadanie, 7.45 wszystkich zabiera autokar na łowisko. 8.30 początek zawodów, łodzie startują co 30 sekund. My wylosowaliśmy start „1” więc zaczynamy. Wiedziałem, że łodzie są szybkie, ale to co wyprawiał Don, przeszło wszelkie granice. Wyobraźcie sobie, że rozpędził łódź do 80 km/h i z tą prędkością omijał różne przeszkody. 8.45 cztery wędki lądują w wodzie. Robimy tak, że dwa zestawy ustawiamy na ikrę, a dwa na fileta. Napięcie rośnie. Po dwudziestu minutach pierwsze branie. Marek zacina i pudłuje, za 5 minut następnie zacina Krzysiek i jest, hol trudny ale spokojny. Pech, po 10 minutach ryba schodzi z haka. Mając w obliczu dni poprzednie, gdzie brań było jak na lekarstwo, zaczynam ogarniać nas stres. Mija 10 minut, szczytówka mojej wędki lekko drgnęła. Jestem już przewrażliwiony sytuacją. Wyjmuję wędkę z uchwytu, trzymam w reku, wzrokiem sprawdzam pozostałe elementy (multiplikator) i bardzo uważnie patrzę na plecionkę. A to dlatego, że łowimy na swoją (King Power), którą zabraliśmy do testów. Mija 5 następnych minut. Branie jest delikatne i mizerne, tak jakby coś podszczypywało przynętę. W pewnym momencie szczytówka mojego wędziska ugięła się z 5cm. W tym samym momencie zacinam z całej siły. I jest. Zrobiłem tylko jeden metr, ruch kijem, bo dalej nie dałem rady, czyli zaciołem idealnie w tempo. Przewodnik krzyczy wędki z wody, koledzy w pośpiechu wyciągają pozostałe 3 zestawy. Ja natomiast wędkę trzymam z całych sił blisko klatki piersiowej, bo czuje tak potężną siłę z drugiej strony, że boje się, że to coś wyrwie mi ją z rąk. Natychmiast koledzy zakładają mi pas z Gembalem i szelkami ( nazywany na łódce full service). Pewna ulga i zaczynam się hol. Ryba ani myśli odpuścić, po 20 minutach jest jeszcze przy dnie. Przewodnik poucza mnie, żeby tylko spokojnie bo to jest „big fish”. Po 35 minutach zauważyliśmy pierwsze bomble powietrza. To dobry znak. Ryba zaczyna słanąć, ja zresztą też. Kolejne 5 minut i jest na powierzchni. Wszyscy się cieszą, a ja jestem zdenerwowany. Okazuje się, że ryba jest tak duża, że nie mam szans podebrania jej do łodzi, celem zmierzenia i rejestracji. Trzeba jesiotra holować do brzegu. A to na oko około 700m. Płyniemy wolno. W pewnym momencie ryba odzyskuje siły i mocnym szarpnięciem próbuje się ratować. Prawie spadłem z ławki. Ale przedtem siedząc ustawiłem hamulec na nieco mniejszą siłę o 3 zakresy i to mnie uratowało. Don zgłasza przez radio, że ma dużą rybę i płyniemy do brzegu. Dopływamy, tam już czeka sędzia główny, są jeszcze dwie łodzie z mediami: telewizja, radio. Ryba na brzegu. Jestem szczęśliwy i spokojny. To moja ryba życia. Po zmierzeniu okazuje się wg Polskiego pomiaru ma 2.555 metra. Wspólne zdjęcie i ryba wraca do wody. Po zmierzeniu dowiaduje się, że według polskiego pomiaru ryba ma 255cm . Wspólne zdjęcie i ryba wraca do wody, a my na swoje łowisk. Łowimy ze zmiennym szczęściem. Pecha ma Krzysiek. Przy holu pęka haczyk. Następnie Marek łowi rybę 170cm. Potem bierze u mnie. Bez stresu podchodzę i jest – 160cm. Znowu Krzysiek, ryba schodzi z holu. Łowi Daniel, Marek dostał drugą sztukę około południa. Krzysiek łowi również swoją sztukę. Jest dobrze, nikt nie wyzerował. Od 13.00 do 16.00 są jeszcze brania, ale kończą się pechowo jedna ryba, schodzi druga – znowu kłopoty z hakiem. Słyszymy przez radio informacje od głównego sędziego, że oprócz mojej sztuki są jeszcze dwie większe. Wyniki po pierwszy dniu mają wisieć w hotelu. Wracamy, kąpiel, jednakże nie możemy się doczekać wyników. 19.00 – wreszcie są wyniki i jest zadowolenie. Drużynowo po pierwszym dniu zajmujemy trzecie miejsce, a indywidualnie jestem również trzeci. DO drugiego brakuje mi 3cm, a do pierwszego 12,5cm. Idziemy spać szybko, bo mamy w głowie, że możemy tu coś powalczyć.
 
         Drugi dzień przywitał nas całkowicie zmienioną pogodą. Deszcz i mgła. Kanadyjczycy nazywają to butelkową pogodą. Ale jest wesoło jest 31.10 a to halloween. Niektórzy zawodnicy szczególnie zabłysnęli przebraniami. Życzyliśmy sobie pomiędzy ekipami szczęścia i do łodzi. Rano zauważamy wspólnie dziwną rzecz. Okazuje się, że dużo ludzi już nas zna. Podchodzą, życzą powodzenia, proszą o wspólne zdjęcie, poklepują po plecach, wykrzykując good Poland, good. Poczuliśmy się z tym niezmiernie dobrze. Wypływamy jako ostatni. Straszna mgła na rzece, po 20 sekundach nie widać łodzi, która wypłynęła przed nami. Dan znowu szarżuje, rozstawia nas na łodzi i sunie z ogromną prędkością. Po drodze mijamy trzy łodzie, dopływamy w rejon naszego łowiska i ulga nie ma nikogo. Jesteśmy wszyscy czterej bardzo zestresowani, myśli w głowach nasuwają nam to co się może dziś zdarzyć. A jak wiadomo stres to zły omen w sporcie. I tak też się dzieje u nas. Pierwsze branie – ryba zapięta i spada podczas holu, tak się dzieje z drugą i czwartą, przy trzeciej urywa się hak. Potem jest seria czterech spudłowanych zacięć. Wreszcie Marek zapina ładną rybę. Ciężki hol i ryba wchodzi w kotwicę. Pech ale, ale jest na haku. Pomagam wyciąć kotwicę ręcznie. Udaje się i ryba zostaje wyholowana – 178cm ale na zegarkach jest już 12.00. Po niedługim czasie dochodzimy do czegoś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Siedzimy na rufie łodzi w czterech wpatrzeni w nasze wędki jak nie powiem na co. A tu nagle wynurza się ogromny jesiotr i przepływa w poprzek powierzchni w całej okazałości po naszych plecionkach i spokojnie odpływa, aby po 10 metrach spaceru i obserwacji, kto tu kogo łowi, dać nura w głębiny. Przewodnik Dan szacuje rybę na 8 lub 9 pitów ( jeden pit to 33cm). A więc rekordowa ryba w wielkości 260cm-290cm znajduje się w pobliżu naszego łowiska. Nastała cisza, która trwała około 25 minut. Bowiem tyle upłynęło do następnego brania. Zdecydowanie branie na wędkę Daniela, omal nie wyrwało jej z uchwytu. Daniel zacina i jest. Krzyczy z prośbą o pas, bo ogromna moc. Krzyczymy żeby szybko zwijał, bo widzimy, że plecionka wychodzi z wody do przodu, to znaczy, że jesiotr będzie skakał. I też tak się staje. Potężna około 300cm ryba. Wyskakuje z wody (chyba ta sama), robi kilkudziesięcio metrowy odjazd. Wszyscy już widzą rekord i główną wygraną. Zawraca w kierunku łodzi tak szybko, że ciężko nadążyć ze zwijaniem plecionki. Wyskakuje z lewej burty z pięć metrów od łodzi, robiąc fontannę z wody i to koniec o rekordzie. Spina się z haka. Nastąpiło milczenie. Po 10 minutach rozpaczy Dan postanawia zmienić łowisko, ponieważ przyszedł przypływ i woda w tym miejscu pływnie za szybko. Około 13.00 jesteśmy na miejscu. Czytając wodę na rzece, wiedziałem że to dobre miejsce. Jak tylko dopłynęliśmy na miejsce to od razu mówiłem kolegom, tu będą ryby. W pamięci takie miejsca mam jeszcze przed dziesięcioma laty jak łowiliśmy jesiotry i sumy na delcie Wołgi. Stare czasy. Wracając do tematu, końcówka zawodów – super. Łowimy łącznie na tym miejscu w przeciągu 3 godzin jeszcze 6 ładnych jesiotrów. Od 150cm do 202 cm. Godzina 16.00 to koniec, spływamy do bazy. Przy tak marnej pogodzie, kończymy turę 7 rybami. Po drodze rozmawiamy, mamy mieszane uczucia, bo jednak mogło być znacznie lepiej. Za dużo straconych ryb, pustych zacięć. Ale zobaczymy co będzie. Po dopłynięciu do brzegu, orientujemy się po chwili, że dziś wszędzie było kiepsko. Brały małe ryby i żadko. Anglicy zapytali nas ile mamy ryb. Mówimy prawdę, że siedem i tu następuje euforia. Zaczynają nam gratulować, robi się głośno. Okazuje się, że jest lepiej niż myśleliśmy. Czekamy na resztę łodzi, na razie mamy najlepiej. Po 5 minutach są już wszyscy, pamiątkowe zdjęcie grupowe i odjeżdżamy do hotelu. Zakończenie przewidziane jest za 1,5 godziny. Zakończenie jest w stylu bankietowym, każda drużyna ma swój stolik. Następuje ogłoszenie wyników drużynowych: I miejsce – Kanada; II miejsce – i tu cisza spiker prosi na scenę „team Cupido-Polen „ – to był szok, oklaski, bardzo głośne skandowanie Polska, Polska przez pozostałe ekipy.
 
         Po wynikach drużynowych nastąpiła 5-cio minutowa przerwa i gala zakończenia mistrzostw ruszyła dalej. Nagrody od sponsorów otrzymują indywidualni zawodnicy. Wśród nagrodzonych są również Polacy: Marek Wyszyński, Krzysztof Pawłowski, Andrzej Deuter otrzymują wysokiej klasy wędziska limitowanej serii amerykańskiej firmy Fetna Styx. Team Cupido otrzymuje również nagrodę, która typowana była przez wszystkich zawodników za najlepiej ubrany team zawodów. Po rozdaniu nagród rzeczowych rozpoczyna się najważniejsza część gali – ogłoszenie klasyfikacji indywidualnej – kategoria duża ryba. Zapanowała cisza, duże napięcie, bo nie wiadomo czy w drugiej turze, ktoś nie przeskoczył na inne miejsce. Spiker zawodów zapowiada, że zaczyna czytać klasyfikację od III miejsca, tu pada hasło Andrzej Deuter – Team Cupido – Poland – straszna radość, światło od lamp błyskowych i kamer, a cała sala znowu skanduje Polska, Polska, Polska, II miejse Tim Weller – Kanada, I miejsce Martin Tacksun – Kanada. Rywalizacja była bardzo zacięta, a różnica w wynikach bardzo mała między startującymi. Można powiedzieć, że III a II miejscem różnica wyniosła tylko 3cm , a między II a I miejscem to 10,50cm. Cóż to jest jeśli łowi się dwu metrowe ryby i większe? Podsumowując, była to naprawdę super przygoda w wędkarskim raju, jakim jest Kanada. Postanowiliśmy jeszcze tam na miejscu, że za rok jeśli zdrowie pozwoli to tam wrócimy, czego Wam czytelnikom, wędkarzom z całego serca życzymy. Bo myślę, że marzeniem każdego wędkarza kochającego swoje hobby i przyrodę jest choć raz wybrać się do Columbi Brytyjskiej – wędkarskiego raju.
 
Team Cupido – Polska
1.     Andrzej Deuter
2.     Marek Wyszyński
3.     Krzysztof Pawłowski
4.     Daniel Kratf
 
Kategoria „Big Fish”
I m-ce 40 000$
II m-ce 10 000$
III m-ce 5000$
 
Sprzęt
Kije - 270cm, 80lbs
Multiplikator o poj 500m
Plecionka 0.60mm-0.80mm
Hak 6/0
 
Napisał Andrzej Deuter
 

 

powrót